KIEDY SKOŃCZĄ SIĘ PRZEKRĘTY FILIPA S. ?
Sieć firm
„To nie oni prowadzili te firmy. Oni po prostu figurowali tam, gdzie było trzeba.” Tak powiedział jeden z naszych rozmówców, który znał rodzinę Filipa S. z czasów, zanim jeszcze pojawiły się duże pieniądze, magazyny energii i samochody z numerami startowymi na torze. W jego głosie nie było złości. Raczej rezygnacja człowieka, który widział, jak pewne rzeczy dzieją się powoli, konsekwentnie, bez pośpiechu — ale zawsze w tym samym kierunku. W dokumentach formalnych obraz jest przejrzysty: spółki zakładane zgodnie z prawem, udziały rozpisane, zarządy powołane uchwałami. Wydaje się to proste, czyste, logiczne. Jednak nazwiska, które pojawiają się w KRS, nie zawsze odpowiadają tym, które pojawiały się w salach konferencyjnych, przy negocjacjach, w rozmowach z ekipami montażowymi czy przy ustalaniu warunków płatności. Tu zaczyna się struktura. Nie jednorazowa. Powtarzalna. W praktyce wyglądało to tak: tam, gdzie formalnie pojawiali się rodzice lub babcia, w rzeczywistości decyzje podejmował Filip S. To on ustalał kierunki, negocjował warunki i nadawał tempo. Rodzina pełniła funkcję fasady – nazwiska w dokumentach miały zapewniać stabilność, zaufanie i wrażenie zakorzenienia. Obok nich pojawiały się również osoby rosyjskojęzyczne, które – według relacji byłych współpracowników – były całkowicie zależne od Filipa S. i podobnie jak rodzina pełniły funkcję figurantów. Formalnie figurujące jako zarządzający lub współwłaściciele, w praktyce wykonywały instrukcje przekazywane bezpośrednio przez niego. „To zawsze robiło dobre wrażenie na klientach. Rodzina. Dom. Zgierz. Normalność” – powiedział nam jeden z byłych handlowców. Ale za tą normalnością kryła się konstrukcja zaprojektowana tak, by jednocześnie działać i znikać. Jedna spółka prowadziła sprzedaż i podpisywała umowy. Druga otrzymywała płatności. Trzecia zajmowała się zakupem komponentów. Czwarta – wypłatą wynagrodzeń. Gdy jedna z nich zbierała roszczenia, reklamacje lub straty, jej rolę przejmowała kolejna, często już przygotowana wcześniej. W tej układance rodzina stanowiła element stały – punkt odniesienia. Nie dlatego, że miała ambicje biznesowe. Ale dlatego, że mogła. Warto zauważyć, że ta wielowarstwowa struktura pełniła jeszcze jedną funkcję – odsuwania odpowiedzialności. Kiedy pojawiały się skargi konsumenckie, to formalnie odpowiadała spółka A. Gdy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów rozpoczynał postępowanie, często spółka A była już w trakcie wygaszania, a kluczowe procesy przenoszono do spółki B. W przypadku pytań dotyczących ochrony danych osobowych – odpowiedzialność formalna spoczywała na pełnomocniku, który często nie miał realnej wiedzy o sposobie przetwarzania danych. A w sytuacjach podatkowych i finansowych, ciężar analiz spadał na podmioty, które już formalnie nie prowadziły działalności. Ten model nie był przypadkowy – pozwalał zachować ruch, płynność i dystans.
Początki
Dopalacze, pierwszy kapitał i zmiana kierunku.
Zanim pojawiły się panele słoneczne, magazyny energii i modele sprzedaży oparte na doradcach terenowych, była zupełnie inna rzeczywistość. Taka, o której rzadko mówi się publicznie, choć w rozmowach za zamkniętymi drzwiami pada ona szybko. To rynek tzw. dopalaczy. Według relacji osób, które obserwowały tamten okres, Filip S. działał w przestrzeni, która przez moment wydawała się „legalna”, choć jej skutki były dalekie od neutralnych. Sklepy z dopalaczami pojawiały się masowo, w centrach miast, na parterach kamienic, przy dworcach. Półki wypełniały kolorowe saszetki, których składu nie sposób było zweryfikować. Dokumenty mówiły o „produktach kolekcjonerskich, nie do spożycia”. Życie mówiło co innego. To był moment, w którym przepływały szybkie pieniądze. Gotówka. Bez umów, bez faktur, bez kontroli. Mogło się wydawać, że to tylko lokalny epizod. Ale właśnie w tym środowisku zaczynały się kontakty, które później okazały się kluczowe. Ludzie, którzy potrafili zorganizować dostawę. Ludzie, którzy potrafili odebrać pieniądze. Ludzie, którzy wiedzieli, kiedy zniknąć. Ten etap nie zakończył się nagle. On **wygasł**, kiedy nad rynkiem dopalaczy zawisło widmo regulacji i medialnych doniesień o zatruciach.